Inicjatywa, która wywołała wstrząs w kuluarach Brukseli i w całej branży technologicznej – rząd Stanów Zjednoczonych oficjalnie uruchomił freedom.gov. Portal, będący rzekomo projektem Departamentu Stanu USA, ma na celu zapewnienie użytkownikom na całym świecie — a konkretnie w Europie — dostępu do treści cyfrowych, które są obecnie ograniczane lub zakazane przez ich lokalne rządy.
Strona główna witryny uderza swoją symboliką. Galopujący biały koń, klasyczny emblemat wolności i szybkości, pędzi przez stylizowaną Ziemię. Poniżej widnieje motto: „Informacja to potęga. Odzyskaj swoje prawo człowieka do wolności wypowiedzi. Przygotuj się”. Choć estetyka sugeruje wezwanie do cyfrowej rewolucji, leżąca u jej podstaw technologia i implikacje dyplomatyczne reprezentują znaczącą zmianę w sposobie, w jaki USA postrzegają globalny internet.
Przez dziesięciolecia Stany Zjednoczone finansowały narzędzia pomagające dysydentom w reżimach autorytarnych omijać zapory ogniowe. Jednak freedom.gov to pierwszy raz, kiedy takie narzędzia zostały wyraźnie skierowane przeciwko demokratycznym sojusznikom. Platforma działa jako brama, hostując lub kopiując treści, które europejskie organy regulacyjne uznały za nielegalne w ramach struktur takich jak Akt o usługach cyfrowych (DSA). Obejmuje to materiały sklasyfikowane jako mowa nienawiści, niektóre rodzaje dezinformacji politycznej, a nawet treści oznaczone jako propaganda terrorystyczna.
Napięcie wynika z fundamentalnej niezgody co do tego, gdzie powinna przebiegać granica wolności słowa. Podczas gdy Pierwsza Poprawka do Konstytucji USA zapewnia szeroką ochronę nawet dla obraźliwych wypowiedzi, narody europejskie historycznie równoważyły ekspresję z zapobieganiem szkodom społecznym i ochroną godności ludzkiej. Uruchamiając freedom.gov, USA skutecznie eksportują swoją prawną interpretację wolności słowa bezpośrednio do kieszeni europejskich obywateli.
Technicznie rzecz biorąc, freedom.gov to coś więcej niż zwykła strona internetowa; to wyrafinowany zestaw technologii obchodzenia zabezpieczeń. Aby zapewnić, że europejscy dostawcy usług internetowych (ISP) nie będą mogli łatwo zablokować witryny, Departament Stanu wydaje się wykorzystywać kilka zaawansowanych metod:
Można o tym myśleć jako o cyfrowym „Radiu Wolna Europa” na miarę XXI wieku. Tam, gdzie w erze zimnej wojny używano nadajników radiowych o dużej mocy, by przebić się przez żelazną kurtynę, w erze nowożytnej używa się zaszyfrowanych pakietów i zdecentralizowanych węzłów, by ominąć „krzemową kurtynę” regionalnych regulacji.
Reakcja europejskich liderów była szybka i w dużej mierze krytyczna. Organy regulacyjne argumentują, że USA podważają rządy prawa w suwerennych państwach. Jeśli francuski sąd uzna, że konkretna treść nawołuje do przemocy, a finansowany przez USA portal udostępnia bezpośredni link do tej treści, tworzy to koszmar jurysdykcyjny.
Krytycy wskazują również na niebezpieczeństwo płynące z samych treści. Umożliwiając dostęp do „propagandy terrorystycznej”, USA ryzykują ułatwienie radykalizacji, z którą oba regiony od lat próbują walczyć. Kontrargument Departamentu Stanu jest zakorzeniony w filozofii „rynku idei”: przekonaniu, że lekarstwem na złe wypowiedzi jest więcej wypowiedzi, a nie cenzura.
Dla biegłego technicznie użytkownika w Europie freedom.gov oferuje usprawniony sposób na zobaczenie tego, co ukrywa jego rząd. Jednak korzystanie z takiego portalu nie jest pozbawione ryzyka. Choć rząd USA twierdzi, że chroni prywatność użytkowników, każda interakcja z narzędziem sponsorowanym przez państwo wiąże się z pewnym stopniem zaufania. Użytkownicy muszą zadać sobie pytanie, czy czują się komfortowo z tym, że ich dane przeglądania mogą być widoczne dla obcych służb wywiadowczych, nawet jeśli służby te należą do sojusznika.
Ponadto korzystanie z narzędzi do obchodzenia zabezpieczeń może czasami naruszać lokalne warunki świadczenia usług ISP. Choć jest mało prawdopodobne, aby poszczególni użytkownicy stanęli w obliczu oskarżenia za samo odwiedzenie strony, krajobraz prawny zmienia się gwałtownie, gdy rządy europejskie starają się odpowiedzieć na to nowe cyfrowe wyzwanie.
W miarę jak przepaść cyfrowa między USA a Europą się pogłębia, oto o czym należy pamiętać:
Uruchomienie freedom.gov to kamień milowy w tworzeniu „splinternetu” — świata, w którym internet nie jest już wspólnym globalnym dobrem, lecz serią pofragmentowanych terytoriów cyfrowych rządzonych przez różne zasady. W miarę jak USA i Europa nadal ścierają się o definicję bezpiecznego i wolnego internetu, użytkownik pozostaje pośrodku, zmuszony do wyboru, do której wersji prawdy chce mieć dostęp.
To, czy ten krok ostatecznie wzmocni globalną demokrację, czy też jeszcze bardziej spolaryzuje cyfrowy świat, okaże się w przyszłości. Na razie biały koń galopuje, a bramy są otwarte.



Nasze kompleksowe, szyfrowane rozwiązanie do poczty e-mail i przechowywania danych w chmurze zapewnia najpotężniejsze środki bezpiecznej wymiany danych, zapewniając bezpieczeństwo i prywatność danych.
/ Utwórz bezpłatne konto