Napięcie między amerykańskimi gigantami technologicznymi a europejskimi regulatorami sięgnęło punktu wrzenia. Po jednej stronie Atlantyku narracja jest często kształtowana przez pryzmat Pierwszej Poprawki — niemal świętego zobowiązania do „rynku idei”, gdzie lekarstwem na złe wypowiedzi jest ich większa ilość. Po drugiej stronie Unia Europejska zbudowała potężną fortecę legislacyjną, mającą na celu ochronę obywateli przed ryzykiem systemowym, dezinformacją i monopolizacją rynku.
To nie jest tylko spór prawny; to fundamentalne zderzenie filozofii. Gdy amerykańskie platformy potępiają „cenzurę”, europejscy urzędnicy często odpowiadają wzruszeniem ramion i prostym ultimatum: „Nasz dom, nasze zasady”. W miarę jak wchodzimy głębiej w rok 2026, to tarcie nie jest już tylko teoretyczne — aktywnie kształtuje narzędzia, których używamy każdego dnia.
Aby zrozumieć ten konflikt, należy przyjrzeć się dokumentom założycielskim obu potęg. W Stanach Zjednoczonych Pierwsza Poprawka zabrania rządowi „ograniczania wolności słowa”. Przez dziesięciolecia ewoluowało to w kulturę, w której prywatne firmy cieszą się szerokim immunitetem na mocy Sekcji 230 w zakresie moderowania — lub niemoderowania — treści według własnego uznania, podczas gdy rząd pozostaje w dużej mierze powściągliwy.
W przeciwieństwie do tego, podejście europejskie jest zakorzenione w koncepcji „godności ludzkiej” i „suwerenności cyfrowej”. Dla UE wolność słowa nie jest prawem absolutnym, jeśli narusza bezpieczeństwo lub stabilność demokratyczną zbiorowości. Perspektywa europejska argumentuje, że środowisko cyfrowe zatrute mową nienawiści lub manipulacją algorytmiczną nie jest w rzeczywistości wolne — jest przymusowe. Ten podział filozoficzny wyjaśnia, dlaczego tweet uznany za „chronioną wypowiedź” w Teksasie może zostać oznaczony jako „nielegalna treść” w Paryżu.
Podstawowymi narzędziami w arsenale UE są Akt o usługach cyfrowych (DSA) oraz Akt o rynkach cyfrowych (DMA). Do 2026 roku nie są to już tylko akronimy; to rzeczywistość operacyjna dla każdej dużej firmy technologicznej.
DSA nakłada na platformy obowiązek agresywnego zwalczania nielegalnych treści, zapewnienia przejrzystości algorytmów rekomendacji oraz łagodzenia ryzyk systemowych, takich jak ingerencja w wybory. Niezastosowanie się do tych przepisów może skutkować karami w wysokości do 6% globalnego rocznego obrotu. Dla firm takich jak Meta czy Alphabet nie jest to tylko koszt prowadzenia działalności; to zagrożenie dla ich przetrwania.
DMA z kolei uderza w „strażników dostępu” — garstkę firm kontrolujących dostęp do gospodarki cyfrowej. Zmusza ich do umożliwienia interoperacyjności i zabrania faworyzowania własnych usług. Podczas gdy USA postrzegają to jako atak na udane amerykańskie innowacje, UE widzi w tym niezbędny krok zapewniający europejskim startupom uczciwą szansę na konkurencję.
Obecnie obserwujemy zjawisko znane jako „geofencing regulacyjny”. W latach 2024 i 2025 widzieliśmy pierwsze poważne przypadki wstrzymywania funkcji przez firmy technologiczne na rynku europejskim z powodu niepewności regulacyjnej. Niezależnie od tego, czy chodziło o zaawansowane integracje AI, czy nowe funkcjonalności mediów społecznościowych, europejscy użytkownicy znaleźli się za cyfrową kurtyną.
Doprowadziło to do paradoksalnej sytuacji. Podczas gdy europejscy regulatorzy twierdzą, że chronią swoich obywateli, niektórzy z nich czują się traktowani jak cyfrowi mieszkańcy drugiej kategorii. Z kolei amerykańscy użytkownicy często cieszą się najnowszymi funkcjami, ale pozostają narażeni na gromadzenie danych i uprzedzenia algorytmiczne, które UE skutecznie ograniczyła. „Efekt Brukseli” — sytuacja, w której przepisy UE stają się globalnym standardem — przechodzi swój najtrudniejszy test, ponieważ firmy decydują, że w niektórych przypadkach łatwiej jest po prostu zrezygnować z rynku europejskiego dla konkretnych produktów.
Jeśli bitwa o media społecznościowe była pierwszą falą, sztuczna inteligencja jest drugą. Unijny Akt o AI, obecnie w pełni obowiązujący, kategoryzuje systemy sztucznej inteligencji według poziomu ryzyka. Systemy wysokiego ryzyka, takie jak te stosowane w rekrutacji lub egzekwowaniu prawa, podlegają rygorystycznym wymogom. Co najbardziej kontrowersyjne, Akt nakłada surowe ograniczenia na generatywne modele AI, wymagając od nich ujawniania, kiedy treści są generowane przez AI, oraz przestrzegania praw autorskich podczas trenowania.
Amerykańscy deweloperzy często argumentują, że te zasady dławią innowacje, tworząc kulturę „opartą na pozwoleniach”, która spowalnia tempo odkryć. Europejska odpowiedź pozostaje spójna: innowacja bez etyki jest obciążeniem. Stworzyło to dwubiegunowy krajobraz AI, w którym europejskie modele AI są często bardziej przejrzyste, ale mniej „niefiltrowane” niż ich amerykańskie odpowiedniki.
W miarę pogłębiania się cyfrowego podziału, użytkownicy i firmy muszą dostosować się do świata, w którym internet nie jest już monolitem. Oto jak poruszać się w obecnym krajobrazie:
Sentyment „odejdź, jeśli ci się nie podoba” z Europy i okrzyk „zabijacie innowacje” z Ameryki są uproszczeniami. UE to rynek 450 milionów zamożnych konsumentów; żadna rozsądna amerykańska firma nie chce go opuścić. Jednocześnie Europa w ogromnym stopniu polega na amerykańskiej infrastrukturze w swojej gospodarce cyfrowej.
Przyszłość prawdopodobnie przyniesie trudne, trwające negocjacje. Zmierzamy w stronę „skoordynowanej rozbieżności”, w której obie strony zgadzają się co do różnic w filozofii, znajdując jednocześnie wystarczająco dużo wspólnego gruntu, aby utrzymać połączenie. Napięcie nie jest błędem w systemie — to nowy system operacyjny globalnego internetu.



Nasze kompleksowe, szyfrowane rozwiązanie do poczty e-mail i przechowywania danych w chmurze zapewnia najpotężniejsze środki bezpiecznej wymiany danych, zapewniając bezpieczeństwo i prywatność danych.
/ Utwórz bezpłatne konto